DZIKI MARATON LUBELSKI

NAJTRUDNIEJSZY PIERWSZY KROK

Pamiętam dokładnie emocje jakie budził we mnie dystans 10km. Teraz nie bardzo mi się chce na mniej ubierać butów. Nie chwalę się (na razie – jak zacznę dam znać), wspominam tylko. Bardzo miło wspominam. Pamiętam też pierwszą próbę obiegnięcia Zalewu Zemborzyckiego. Nieudaną próbę. Pamiętam kolejną, zakończoną powodzeniem. Pamiętam przygotowania do półmaratonu w Sochaczewie. Niedzielne wybiegania 14-16km. To był kosmos! Raz przed startem zrobiłem 20. Wracając do domu czułem się większy o pół metra i silniejszy od Pudziana. Wieszając medal z Sochaczewa na szyi mojego ulubionego syna czułem się trochę jak bohater. Cholera, może nie powinienem się tu tak odkrywać, ale widziałem że Jasiek jest z ojca dumny! Chłopaku! Masz dzieci to wiesz o czym mówię! Nie masz? To się dowiesz jak mieć będziesz.

Nie trudno zgadnąć jakie plany biegowe można mieć po połówce. (nie o wódzię się rozchodzi…) Maraton. To jest wyzwanie! 42 kilometry 195 metrów. Kawałek drogi. Tym bardziej jak świeżo w pamięci wysiłek z połówki, spacery podczas zawodów, całkowity brak mocy na mecie… Poszło jak większość spraw w życiu. Najpierw była decyzja. Tu znowu bez zaskoczenia – odkładana i odkładana. W końcu rzuciłem sam sobie rękawicą w pysk! Mniej więcej w tym samym czasie pojawili się Biegli. Dostałem zaproszenie na spotkanie w TVP Lublin. Spotkanie wariatów, którzy to sobie pomyśleli jakby to było super, gdyby Lublin miał swój prawdziwy Maraton. Owocem owego pomysłu był „Dziki”. Nie będę opisywał drogi od pierwszego spotkania do 2 czerwca. Musiałbym napisać książkę (o czym swego czasu dość poważnie myślałem). Musisz na słowo uwierzyć że dzięki ogromnej determinacji, współpracy, wiedzy i pasji wielu ludzi i instytucji udało się zorganizować imprezę sportową jakiej jeszcze Lublin nie widział. Ba! Polska, a może i świat cały!

ZROBIŁEM TO

A co mi tam! (teraz się chwalę!) 2 czerwca 2012 roku przebiegłem dystans maratonu! 42 kilometry i 195 metrów. Bez najmniejszego przystanku! Nawet na siku. ponad 4,5 godziny ciągłego biegu. To był mój wymarzony pierwszy raz. Do tego na swoim boisku. Lublin na myśli mam rzecz jasna. Do tego z taką ekipą! Ochów i achów nie ma końca. Przyznaję nie wykonałem do końca planu treningowego, tak czy siak nie obijałem się. Wystarczyło kondycji do samej mety. Co tu gadać dużo: szczęśliwy człowiek jest i basta!

Radocha jest więcej niż podwójna. Maraton zaliczony, to raz. Jedyna taka impreza (może na świecie – na pewno w Polsce) to dwa. Udział w  tworzeniu historii Maratonu Lubelskiego – to trzy. Cztery to fakt że jakiś tam maleńki udział w przygotowaniu imprezy miałem. Pięć, sześć, siedem… jakby się dobrze zastanowić sporo bym wyliczył do euforii powodów.

„DZIKI” MARATON LUBELSKI

Krótko. Znaczy się: postaram się krótko 😛 Dlaczego „Dziki” Fajnie i zwięźle ujął to w słowa Tomek Rakowski, wystarczy rzucić okiem na ten krótki film. Karkołomny pomysł zorganizowania prawdziwego miejskiego maratonu w Lublinie w 2012 roku – na szczęście – ewaluował. Pomysł się nie zmienił, przesunięty został termin. I bardzo dobrze! Pierwszy Maraton Lubelski w 2013 roku ma dzięki temu szanse na organizację prima sort. Długo by wyliczać powody. Rzucam kilka: uwzględnienie przez biegaczy swojego startu w Lublinie, odpowiednie przygotowanie zaplecza finansowego przez organizatorów- po ludzku: nazbieranie duuużo kasy, otwarta droga dla debiutantów: mamy rok na przygotowanie się do biegu od zera!

„Dziki” Maraton Lubelski był częścią Nocy Kultury. „Dziki” to fenomenalna impreza. Dla mnie – debiutanta było to prawdziwe spełnienie marzenia o pokonaniu tego dystansu. I idealne ku temu warunki. Tempo biegu identyczne dla każdego. Atmosfera wśród biegnących – łyżkami jeść! Nawet teraz, kilka dni po, pisząc to czuję ciarki na plecach! Tam się miało wrażenie bycia częścią jednego organizmu, jednego tworu, który w momencie zwątpienia, słabości, ale również radości jest z Tobą. Nie pomyślałem ani na moment że mogę nie dać rady! Rozumiesz?! Pod koniec, gdzieś na 40 kilometrze przyszło nagłe zdziwienie: cholera, nie było ściany! Nie było skurczu! Nic! jak to?? Nie sądzę żebym był aż trak wytrenowany. Ja to w dużej mierze pobiegłem głową! To ludzie którzy mnie otaczali dawali wsparcie – chociaż pewnie nie zdawali sobie z tego sprawy.

Nie wiem czy talentu starczy żeby to oddać trafnie. Jana Kondraka znasz? Jeśli nie to nadrabiaj szybko zaległości. Na jego koncercie, kilka lat temu w Lublinie lałem w rękaw łzy żeby nikt nie widział. Dzisiaj bym się nie krył. Mniejsza z tym. Wyobraź sobie że masz muzycznego idola. Śpiewasz jego piosenki we wannie i przy goleniu (tak zaciekle że się zacinasz…) Aż tu nagle ten idol staje na starcie w takich samych krótkich gaciach, sportowych butach i poci się tak samo jak Ty biegnąc do mety. A ty widzisz jego plecy i nie możesz uwierzyć! Obok biegnie kilkadziesiąt osób z którymi normalnie nie miałbyś okazji nawet zamienić słowa. A teraz biegną obok Ciebie, za Tobą, przed Tobą, wszyscy w jednym kierunku, z tą samą pasją w sercu którą Ty niesiesz do mety! Chwytasz? Nie ma tam dyrektora, prezesów stowarzyszeń różnej maści, kierowników, mistrzów Polski, rzeźników, sprzedawców, trenerów, przedsiębiorców, artystów… Są biegacze. Są uczestnicy „Dzikiego” Maratonu Lubelskiego. Ludzie z identycznej lepieni gliny co Ty. Co ja!

Poddaję się, nie da się tego opisać, sumienie mam czyste, bo próbowałem…

Panująca przed, na trasie i za linią mety atmosfera to było coś wspaniałego! Nie przesadzę nawet odrobinę, jak powiem że czułem się jak mistrz świata! Nie wspomnę o kolejnej fali radości, jak tuż za bramą mety zobaczyłem mój najlepszy fanklub: żonę i syna! Nie wstydzę się mówić że wyć mi się z radości chciało, kiedy medal z „Dzikiego” wylądował na małej szyjce mojego wiernego kibica Jaśka!  „Dziki” Maraton Lubelski będę wspominał do końca życia! Już widzę siebie siwego, z bandą zasłuchanych w głos starego dziadka wnuków na dywanie wkoło, jak opowiadam im historię, źle! Legendę powstania Maratonu Lubelskiego!

KRÓTKI MATERIAŁ TVP LUBLIN O „DZIKIM” TEŻ SIĘ ZAŁAPAŁEM

 

 

 

Podziel się wpisem na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Śledzik
  • Blip
  • Google Buzz
  • Google Bookmarks
  • Dodaj do ulubionych

13 Comments

  1. Zapisane! Qrka a już jedną kiedyś pisać zacząłem…ech

    Dzięki za komentarz. Ja Karol czekam aż będę mógł u Ciebie w komentarzu gratulować 42 kilometrów!

  2. Jestem po wrażeniem: Ciebie jako organizatora, jako biegacza, jako blogera.. mogę Ci obiecać, że kupuję Twoją książkę.

    Fajny, nacechowany emocjami wpis – bardzo przyjemnie się czyta. Cóż mogę więcej napisać – ogromne gratulacje i spełniaj kolejne marzenia ; ))

  3. No Mieciu…
    Nie wiem czy to o mnie pisałeś jako o tym dumnym synu, ale ja też jestem z Ciebie dumny.
    Ale co najważniejsze i myślę nie jedna osoba się z tym na co dzień spotyka (lub z brakiem tego)to jest „temat” tego wpisu, a jest on nie wątpliwie o PASJI. Pasji, którą jeżeli ktoś posiada, to potrafi każdego do niej zapalić, ale co ważniejsze może zmieniać ludzi na lepszych, mając w ręku tak wielkie i skuteczne narzędzie.

    Dzięki 🙂

  4. Wiktor to kozak! Rzeźnik tegoroczny! Dla mnie fragment o synu chwalącym się kolegom tatusiem jest mocno do serducha trafiający! Rodzicu! Ja wiem, choć może się do tego nie przyznajesz, że chcesz być bohaterem dla swojego dziecka! Bieganie, to jeden ze sposobów realizacji tego marzenia!

  5. Vice Versa Wojtek przyjacielu 🙂 Owszem, w bieganiu możesz ze mnie brać przykład, ale obaj wiemy że jest taka płaszczyzna, na gruncie której to ja z Ciebie biorę przykład i kradnę wiedzę jak mogę, korzystając z Twojego doświadczenia!

  6. Gratulacje Piotr!
    Podejrzewam, że po przeczytaniu takiego wpisu, każdy długodystansowiec zapragnie niebawem przebiec swój pierwszy maraton(ze mną włącznie).Czuję już ten klimat, te endorfiny i przyjemne zmęczenie. Liczy się cel i poczucie spełnienia. Super:)

  7. Piotrek, ja bardzo przepraszam !!! Naprawdę przepraszam Cię Przyjacielu bo dopiero po tym wpisie zdałem sobie sprawę jak wielkiego Człowieka – Piotra Miturę mam przyjemność i zaszczyt nazywać swoim przyjacielem ! Szacun ! Wielki szacun !

  8. Na początku było 800m z dwoma przerwami na papierosa (półtora roku temu)… Później pierwsze zawody po długiej przerwie na 10km, 15km, 20km, 25km … w tym roku 42,195m w LDZ oraz uwieńczenie mojego półrocznego przygotowania Bieg Rzeźnika na prawie 80km po górach…. Po każdych zawodach gdy daję mojemu synowi „Pamiątkę z podróży” czy to medal czy okolicznościową monetę czuję się jak bohater, którym mój Syn chwali się wśród rówieśników 🙂 Chodź największą dla mnie satysfakcją jest to że mój Synek chce trenować ze mną :))Inni ludzie mnie nie obchodzą oczywiście miło jest usłyszeć słowa „…zacząłem biegać dzięki Tobie..” Najważniejsze jest to, aby robić to co się robi z pasją 🙂 Bo w tedy ludzie nas otaczający też zaczynają być wyjątkowi. Każde zawody są specyficzne i mają swój niepowtarzalny charakter… Na każdych zawodach poznaje się ludzi o których jest trudno zapomnieć. Bieganie zbliża i jest najprostszą formą spędzania czasu szczególnie z dziećmi 🙂 A granice istnieją tylko w naszych głowach i tylko one przeszkadzają nam „dobiec” do wyznaczonego celu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge